Menu główne:
ARTYKUŁY
Awantury o holizm ciąg dalszy, czyli fenomen podniesionego głosu.
Świat, w którym żyjemy staje się coraz bardziej groźny i niezrozumiały. Świat, z którym się identyfikujemy 11 września 2001 roku doznał szoku. W Poznaniu, przy Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza powstało Centrum Badań nad terroryzmem. Czy to znaczy, że będą tam szkolić terrorystów? Bzdura, oczywiście. Badanie jakiegoś zjawiska, pisanie o nim nie oznacza utożsamiania się z nim. Do zjawisk groźnych, przynajmniej dla medycyny p. prof. dr hab. med. Andrzej Gregosiewicz zalicza holizm, który identyfikuje z ruchem New Age, hinduizmem i - chyba - z postmodernizmem, nie przyjmując do wiadomości istnienia szerszego i starszego pojęcia tego terminu, wywodzącego się z kultury europejskiej, a dokładniej z dzieła Hipokratesa
W listopadzie ub. roku, w artykule pt. "Czakry po polsku. New Age czyli fałszywy urok holizmu" ("Najwyższy Czas" nr 45 (599)) Pan Profesor z jeszcze większym impetem niż na łamach pisma uczelnianego pt. "Alma Mater ' zaatakował wyznawców "hinduistycznego holizmu", do których grona, ku memu zdumieniu, zakwalifikował także mnie. A wszystko to za sprawą jednego jedynego zdania wyrwanego z kontekstu mego artykułu pt. "Fenomen głosu. Dramoterapia i meloterapia ", z akapitu , w którym przytaczałam poglądy autorów amerykańskich na temat fenomenu ludzkiego głosu, rzeczywiście nawiązujące do filozofii hinduskiej. Sama nigdy tą filozofią nie interesowałam się, bo bliżej mi do antyku niż do postmodernizmu, co można byłoby z łatwością stwierdzić choćby na podstawie kilkunastu tekstów, jakie opublikowałam w lubelskiej "Alma Mater", nie mówiąc o innych czasopismach i książkach . Nie posługuję się terminologią "hinduistyczną" , więc przeplatanie dziwnych hinduistycznych cytatów moim nazwiskiem, co z upodobaniem czyni p. prof. Gregosiewicz jest po prostu nie na miejscu, dosłownie i w przenośni.
Dla wielu badaczy i twórców ta filozofia jednak jest źródłem inspiracji. Była także źródłem inspiracji dla Jerzego Grotowskiego, o którego "Teatrze Ubogim" pisałam w swoim artykule. Jerzym Grotowskim zachwyca się świat. O Jerzym Grotowskim trzeba wiedzieć m.in. także dlatego, że jak mało kto rozumiał on fenomen ludzkiego głosu, bo głos człowieka nie jest przedmiotem badań wyłącznie foniatrów. Jako studentka kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego uczestniczyłam w słynnych przedstawieniach Grotowskiego "Apocalypsis cum figuris" i "Książe niezłomny" i pamiętam, jak niesamowite wrażenie na widzach robił sposób posługiwania się głosem przez aktorów. Od mniej więcej dziesięciu lat głosem interesują się także dramoterapeuci, w ramach odrębnej specjalności - dramoterapii.
Bo specjalność taka istnieje, podobnie jak wszystkie inne, których nazwy prof. Gregosiewicz, na zakończenie swego artykułu pt. "Czakry po polsku" przytacza za mną, opatrując je szyderczym komentarzem, bądź - jak sądzi - wymyśla, np. ironiczna nazwa "kabaretoterapia" w rzeczywistości ma swój odpowiednik w geloterapii czyli terapii śmiechem i w "play therapy" czyli terapii zabawą, świetnie sprawdzającej się w oddziałach dziecięcych. Istnieją arteterapia, biblioterapia, poezjoterapia, muzykoterapia, niezależnie od filozofii hinduistycznej.
Arteterapeuci angielscy w latach 40. ubiegłego wieku demonstrowali pod londyńskim parlamentem niosąc transparenty z napisem "We do exist" (Istniejemy), a w roku 1984 wywalczyli sobie prawo do posiadania oficjalnego przedstawiciela w NHI - odpowiedniku naszego Ministerstwa Zdrowia. Usługi arteterapeutów, muzykoterapeutów i dramoterapeutów w takich krajach jak Anglia, Holandia, Szwajcaria refundowane są przez tamtejsze kasy chorych. Specjalistów takich kształcą nie szamani z buszu lub fakirzy z Indii, ale uniwersytety w Münster, Hamburgu, Berlinie i Londynie, by wymienić najważniejsze, należące do European Consortium for ARTs Therapies Education, (ECArTE) organizacji, która zgodnie z zapowiedzią prof. Konstantinosa Kerameusa, przewodniczącego The Academic Cooperation Association (ACA) z siedzibą w Brukseli, złożoną na VI Konferencji ECArTE w Luxemburgu w dniu 13. IX. 2001 r. wejdzie do tego Stowarzyszenia w roku 2oo2. Czym się zajmują europejscy arteterapeuci można dowiedzieć się z najnowszej obszernej (prawie tysiąc stron liczącej) publikacji pt."Arts - Therapies Communication. On the way to a communicative European Art. Therapy" pod redakcją przewodniczącej ECArTe prof. dr Line Kossolapow z Uniwersytetu w Münster, w której to publikacji, wśród 120 autorów z całego świata znajduje się również artykuł niżej podpisanej, z "hinduizmem" oczywiście nie mający nic wspólnego.
Do ECArTE należą od kilku lat Słowenia, Węgry, Litwa. Polska prawdopodobnie "ocknie się" wtedy, gdy negocjatorzy z Unii Europejskiej zapytają ją, jakie usługi arteterapeutyczne gwarantowane są przez państwo .Warto wiedzieć, że istnieją zaaprobowane przez Europejskie Konsorcjum Kształcenia Arteterapeutów standardy kształcenia w tej dziedzinie - prezentowałam je na konferencjach naukowych organizowanych przez ośrodki, które się tym interesują, np. Akademia Muzyczna we Wrocławiu, II Klinika Psychiatryczna AM w Łodzi. Działalność dydaktyczna wyższej uczelni musi mieć podstawy naukowe. Badania humanistyczne, w tym również biograficzne, czyli takie jakimi się zajmuję, prowadzi się przy zastosowaniu metod jakościowych, np. action research i aesthetic research - te ostatnie polegają na zbieraniu dokumentacji z wywiadów, na nagrywaniu wypowiedzi, filmowaniu, fotografowaniu ludzi i sytuacji. Jednakże autorytarni przedstawiciele akademickiego środowiska medycznego uważają, że tylko oni, jak wyraził się prof. Gregosiewicz - są "wystarczająco dobrze przygotowani pod względem logicznej selekcji faktów naukowych i stosowania właściwej metody badawczej". Ta "jedynie właściwa metoda" to: eksperyment, badanie obrazowe, obliczanie istotności statystycznej. Dramatyczny apel Pana Profesora skierowany do recenzentów prac klinicznych, doktorskich i habilitacyjnych: "weryfikujmy dokładniej poprawność naukową działań osób związanym ze środowiskiem uniwersyteckim" brzmi groźnie i nasuwa pytanie: jakim prawem i na jakiej podstawie? Co ma znaczyć passus o "podwójnych standardach moralno - etycznych pozwalających akceptować w innych środowiskach naukowych poglądy, których absolutnie nie akceptujemy w ramach własnej grupy"? Czy konsekwencją tej nie akceptacji ma być zakaz publikowania - jeśli nie wszędzie to przynajmniej na łamach " swojej" " ALMA MATER" - tekstów nie wywodzących się z "własnej grupy"?. Artykuł Pana Profesora Gregosiewicza na łamach "Najwyższego Czasu" ilustrowany jest zdjęciem F. Capry z podpisem " Czy rzeczywiście studenci medycyny powinni pobierać nauki od F. Capry?" Nie wiem kto stawia studentów przed takim dylematem. Na pewno nie ja, bo na fakultecie pt. "Sztuka w medycynie", który prowadzę w Akademii Medycznej w Poznaniu na Caprę, choć słynny ,szkoda mi czasu. Gdyby było go więcej, proponowałabym moim studentom studiowanie "Kontrowersji" Seneki i zasad erystyki czyli sztuki prowadzenia sporów z nadzieją, że przydadzą się im one, gdy zostaną profesorami medycyny - bo od podniesionego głosu argumentów, niestety, nie przybywa.