Menu główne:
ARTYKUŁY
Efekt św. Mateusza w piśmiennictwie medycznym
Wybitny polski lekarz radiolog, przedwcześnie zmarły ( w wieku 54 lat) rektor Akademii Medycznej w Poznaniu w latach 80., autor ponad dwustu publikacji naukowych prof. dr hab. med. Jerzy Wójtowicz był naukowcem niezwykle wrażliwym na sprawy etyczne. Stworzył m.in. i aktywnie w niej działał polską sekcję Międzynarodowego Ruchu Lekarzy przeciw Wojnie Jądrowej. Wypowiadał się także na temat przestrzegania dobrych obyczajów w piśmiennictwie naukowym. Jego poglądy, mimo upływu wielu lat nic nie straciły na aktualności i dlatego chciałabym je przypomnieć i do nich nawiązać.
W dobie nasilonych konfliktów międzynarodowych i toczących się na świecie wojen słowa, którymi prof. dr hab. Jerzy Wójtowicz rozpoczął swój referat na Zjeździe Polskiego Towarzystwa Radiologicznego w roku 1986 brzmią, jakby zostały wypowiedziane dzisiaj: "Wybrałem temat terroru nuklearnego, wśród którego żyjemy, problem par excellance polityczny, również w tym znaczeniu, że interesuje on lub powinien interesować ogół ludzi". (9)
Niesłusznie bowiem nam się wydaje, że skoro wojny nie toczą się na naszym terenie, to nas nie dotyczą. Dotyczą. Ofiarom wojen pomagają przede wszystkim lekarze, ale nie tylko oni. Bezpośrednio po zakończeniu konfliktu bałkańskiego (że posłużę się tym eufemizmem na określenie pełnej makabry wojny domowej w byłej Jugosławii) do akcji pomocy dzieciom z Bośni włączyli się także arteterapeuci i muzykoterapeuci z Anglii, Irlandii, Niemiec. I jest to najnowszy przykład współdziałania medycyny ze sztuką, którego sens nie dla wszystkich, niestety, przedstawicieli środowiska medycznego w Polsce jest już oczywisty (8, s. 130).
Równie aktualne, jak te o wojnie, są uwagi Profesora Wójtowicza na temat współautorstwa w publikacjach medycznych (10, 10a), choć naturalnie, rozpatrywać je należy w zupełnie innej skali. Obecnie bowiem czasem można odnieść wrażenie, że problemy związane ze współautorstwem w piśmiennictwie naukowym przestają już być problemami, bo spora część artykułów medycznych podpisywana jest kilkoma nazwiskami, tak że "dziwnie" wyglądają (i kuszą, by je uzupełnić) teksty podpisane jednym nazwiskiem. "Kodeks dobrych obyczajów w nauce" powoli staje się zmurszałym, zapomnianym zabytkiem, nawet nie podlegającym specjalnej ochronie, zważywszy na pogłębiającą się abnegację zawartych w nim zasad, dotyczących między innymi relacji autora ze zwierzchnikiem w miejscu pracy.
Prof. dr hab. med. Jerzy Wójtowicz , kontestując w roku 1981 stały, zauważalny wzrost liczby autorów firmujących poszczególne artykuły ( w roku 1975 na jeden artykuł przypadało 4,3 autora) pokusił się o dokonanie analizy tego zjawiska, wykorzystując dla porównania wyniki badań anglo - amerykańskich (10, 10a). Jako przyczynę główną podał narastającą złożoność warsztatu naukowego i konieczność tworzenia dużych, często multidyscyplinarnych zespołów, ale zaraz potem wymienił przyczyny inne: traktowanie publikacji jako sprawozdań dla jednostek finansujących badania, a przede wszystkim istnienie kryterium ilościowego w promocjach na stopnie naukowe oraz pochodne tego kryterium - kryterium częstości cytowań (Science Citation Index). Zauważył też istnienie zespołów autorskich, które stosują metodę rotacji nazwisk w kolejnych publikacjach, co najwyraźniej jest ukrytą próbą zwiększenia ich liczby. Dużo miejsca poświęcił problemowi ewentualnego współautorstwa kierownika zespołu, podnoszonemu przez amerykańskich badaczy, stwierdzających kategorycznie: "...ani władza, ani stanowisko nie powinny stanowić o współautorstwie"..."Jest rzeczą nieetyczną przyznanie współautorstwa pracy przełożonemu, dopóki nie wniósł on istotnego wkładu do badań. Przez istotny wkład rozumie się czynne uczestnictwo w rozwiązaniu problemu" (6) Warto w tym miejscu zauważyć, że identyczne sformułowania zawiera polski "Kodeks dobrych obyczajów w nauce" z lat 90., dostępny w internecie.
Za najtrudniejszą kwestię Profesor Wójtowicz uznał określenie faktycznego udziału każdego autora w opublikowanej pracy i zaproponował następujące rozwiązanie: "wydaje mi się, że najwłaściwszą praktyką byłoby podanie w przypisie do publikacji zakresu pracy każdego autora". (10a) Powołał się w tym miejscu na opinię Dardika, który w pewnym amerykańskim czasopiśmie ginekologiczno - położniczym zachęcał do wyraźnego określenia ról w publikacjach naukowych, analogicznie jak ma to miejsce w przedstawieniach teatralnych i muzycznych, w których określa się wyraźnie role współtwórców.(1)
Przypuszczam, że Autor referowanego artykułu, zamieszczonego - przypomnijmy - w roku 1981 w "Polskim Tygodniku Lekarskim" - wielce by się zdziwił , gdyby się dowiedział, jakie to "rozwiązania" wprowadzono w pewnej uczelni medycznej w dwadzieścia parę lat później.
Otóż pewien kierownik pewnej jednostki naukowo - dydaktyczno - klinicznej polecił wszystkim swoim pracownikom napisanie możliwie szybko możliwie dużej liczby artykułów naukowych, co nie ukrywał, przyczynić by się miało do jego awansu naukowego. Kiedy jeden z pracowników , realizując polecenie szefa przyniósł dyskietkę z napisanym przez siebie artykułem, n.b. opartym na fragmentach własnej książki usłyszał, że przedstawiony tekst winien się ukazać jako praca zbiorowa. Zaskoczony, sądząc, że współautorami mieliby być jego przełożeni (nawiasem mówiąc niżsi stażem i stopniem naukowym), wyraził zgodę pod warunkiem, że wniosą do treści jakieś istotne uzupełnienia. Jakież więc było jego zdumienie, gdy po kilku miesiącach w wykazie publikacji akademii medycznej , (uznanej w "międzyczasie" w różnych rankingach za najlepszą w Polsce), znalazł swój artykuł bez jakichkolwiek, choćby bibliograficznych uzupełnień, za to podpisany trzema jeszcze nazwiskami, z których ostatnie należało do nieznanego mu osobiście doktoranta kierownika katedry, w której był zatrudniony. Ów młody lekarz, poproszony o wyjaśnienie swojej roli w opublikowaniu pracy, która nie jest jego , ani nie ma nic wspólnego z reprezentowaną przez niego specjalnością medyczną, bez najmniejszego zażenowania oświadczył, że on formatował tekst na komputerze i załatwił druk w redakcji "punktowanego" czasopisma medycznego1 , a o tym kto jest autorem artykułu decyduje kierownik kliniki i katedry (!). Nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że przy okazji formatowania tekstu wykonawca tej czynności, występujący jako współautor - który w dodatku w redakcji tekst samowolnie autoryzował (!) - pominął zawarte w oryginale odsyłacze do źródeł zagranicznych (niezależne od przypisów bibliograficznych) oraz słowa podziękowania pod adresem kierowników zagranicznych (konkretnie amerykańskich) ośrodków naukowych, którzy pomogli autorowi (faktycznemu i jedynemu) w przeprowadzeniu kwerendy , a także informację o rok wcześniej wydanej książce autora artykułu, której fragmenty wykorzystane zostały w tekście.
Znużony Czytelnik może zapytać: a gdzie jest i na czym polega zapowiedziany w tytule efekt św. Mateusza? Cytowany już kilkakrotnie prof. dr hab.med. Jerzy Wójtowicz wyjaśnił ten efekt, za Mertonem, następująco. "Przełożeni bywają wybitnymi badaczami. Istnienie znanego nazwiska wśród zespołu autorów powoduje, że niezależnie od jego pozycji na liście autorów opinia publiczna przypisuje wszystkie zasługi osobie najwybitniejszej. Zjawisko to nazwane zostało efektem św. Mateusza w nauce, bo nawiązuje do biblijnej opowieści o talentach. Mówi ona, że wszystkie zasługi przypadają tym, którzy mają ich i tak dość dużo, natomiast maluczcy zostają pozbawieni tego, co się im słusznie należy.(4)
Paradoks opisanej sytuacji polega na tym, że odwrócone zostały w niej role bohaterów ewangelicznej przypowieści. Przełożeni w tym przypadku wcale nie są wybitnymi badaczami, co najwyżej zręcznymi menadżerami, którzy owszem, mają dużo zasług ale niekoniecznie stricte naukowych, którymi jednak "przyciągają" do siebie także zasługi naukowe (należałoby powiedzieć zawłaszczają je). "Maluczcy", w interpretacji Mertona, to młodzi pracownicy naukowi, którym blask wybitnych szefów przysłania ich własne autentyczne dokonania. Tymczasem opisany młody "komputerowiec" ani myśli martwić się, że pozostanie w cieniu bardziej znanych w środowisku badaczy: on po prostu - mając poparcie szefa - mnoży swój dorobek naukowy , "organizując" go - jak widać - w różny sposób. Niewykluczone, że także dzięki temu w ciągu 3 lat udało mu się zostać współautorem (bo nie ma ani jednej publikacji podpisanej tylko jego nazwiskiem) ponad 30 publikacji , ze średnią 4,3 autora na jeden tytuł, w zespołach autorskich, w których nazwisko kierownika jednostki jako współautora pojawiło się ponad 20 razy, na różnych miejscach w szeregu autorów2 , metodą opisaną przez Spiegla i współautorów ponad 30 lat temu!(5)
Podział ról między członków zespołów autorskich jest ich wewnętrzną sprawą, chyba, że dochodzi do jakiejś "wpadki", jednakże jest w tym coś jeszcze ważniejszego: fałszywy obraz osiągnięć naukowych nie tylko poszczególnych naukowców, ale i całej jednostki uczelnianej. Każdy ze współautorów zalicza bowiem daną pracę do swojego dorobku i liczy sobie punkty, jak za cały artykuł. Jak pięknie wygląda wówczas sprawozdanie dla komisji akredytacyjnej lub wniosek o dotację na badania naukowe! I można by się z takiej matematyki co najwyżej pośmiać, gdyby nie to, że eksperci z dyscyplin medycznych całkiem serio wyżej oceniają dorobek złożony z długiej listy publikacji, których osoba ubiegająca się o dotację lub awans jest współautorem, choćby tylko jednym z dziesięciu, niż dorobek wnioskodawcy legitymującego się "pojedynczym" autorstwem książek.
W przedstawionej historii najbardziej przygnębiająca jest jednak nie tyle przebojowość młodego naukowca, stanowiąca skądinąd swoiste signum temporis, ale zachowanie się właściwej dla sprawy Rady Wydziału, świadczące o zastanawiającym zaniku wrażliwości etycznej, przynajmniej w kwestii przestrzegania dobrych obyczajów w nauce: jej członkowie, choć powiadomieni o incydencie, jednomyślnie głosowali "za" nadaniem stopnia doktora nauk medycznych doktorantowi czującemu się upoważnionym do przyznania sobie współautorstwa w zamian za formatowanie tekstu oraz za wnioskiem o nadanie tytułu naukowego profesora nauk medycznych jego promotorowi, kierownikowi katedry i kliniki oraz dziekanowi w jednej osobie, który w "zespole autorskim" firmującym tekst ,mający przecież już swojego autora, zajął skromne trzecie miejsce. Kandydat na profesora przedstawiony został Radzie jako autor i współautor ponad 180 prac naukowych.
W tej sytuacji zupełnie nie dziwi , że członkowie Wysokiej Rady nie zaprotestowali również, nawet jednym głosem, przeciwko zwolnieniu z pracy autora artykułu, członka tejże Rady ( pod jakimś nieprawdziwym pretekstem), już i tak ograbionego z 3 przysługujących mu praw autorskich. W Ewangelii według św. Mateusza czytamy przecież: "Każdemu bowiem kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma." (2, 10a)
Zakończenie powyższej historii cytatem z Pisma św. niezupełnie odpowiada duchowi czasów, w których żyjemy, duchowi postmodernizmu. Poza tym przewrotnie wypacza sens efektu św. Mateusza w nauce i nie tłumaczy zachowania Rady Wydziału, w którym przecież jest coś bardzo symptomatycznego. Świadczy ono mianowicie, że zakazy "Kodeksu dobrych obyczajów w nauce" ,w atmosferze powszechnej relatywizacji norm moralnych, wypadają blado, ich nieprzestrzeganie mało kogo wzrusza, nikogo nie kompromituje i nie przeszkadza w pięciu się po szczeblach kariery naukowej. Zachowanie się Rady Wydziału jest także typowe dla zachowań większości, której racja opiera się na tym, że jest większością, innymi słowy jest klasycznym przykładem zachowań konformistycznych.
Znakomicie wyjaśnia ten fenomen bajka słynnego libańskiego poety Gibrana Khalila Gibrana (opublikowana w języku angielskim w roku 1918) o mądrym królu, złej wiedźmie, zatrutej studni oraz względności szaleństwa. Bajkę tę po raz pierwszy usłyszałam w roku 1998 w Durham (Anglia), na najstarszym, po Cambridge i Oxfordzie uniwersytecie angielskim, opowiedzianą przez prof. Di Marks-Maran, dziekana Wydziału Nauk o Zdrowiu tegoż Uniwersytetu, w niekonwencjonalnym przemówieniu otwierającym międzynarodową konferencję poświęconą przyszłości pielęgniarstwa ("Nursing Tomorrow") i zaprezentowałam polskiemu czytelnikowi w tekście na temat postmodernizmu w pielęgniarstwie (8, s. 182).
Problemy z uznaniem tego co jest normą a co patologią w życiu społecznym najwidoczniej mamy nie tylko my, dlatego posłuchajmy na zakończenie tej bajki, pocieszając się, że twórcami postępu są ci, którzy potrafią przełamywać obowiązujące schematy i stereotypy, tworzyć nowe paradygmaty, a nie ci, którzy osiągają sukces kosztem innych, choćby w tak wąskim zakresie, jak współautorstwo publikacji naukowych.
Mądry król
W dalekim mieście Wirani rządził niegdyś potężny i mądry król. Obawiano się jego mocy i wielbiono go za mądrość. W samym środku miasta była studnia o wodzie zimnej i krystalicznej. Czerpała z niej cała ludność, nawet król i jego dworacy - innej studni w mieście nie było. Pewnej nocy, gdy wszyscy spali, w mieście pojawiła się zła wiedźma. Wlała do studni siedem kropli mętnego płynu i powiedziała: "Od tej chwili ten kto napije się tej wody, stanie się szaleńcem." Następnego ranka mieszkańcy miasta - prócz króla i szambelana - poszli napić się wody ze studni i utracili rozum, zgodnie z klatwa złej wiedźmy. Przez cały dzień gromadzili się w wąskich uliczkach i na targowych placach i szeptali tylko o jednym: "Król oszalał! Nasz król i jego szambelan postradali zmysły. A przecież król szaleniec nie może nami rządzić. Musimy go zrzucić z tronu. Wieczorem król kazał napełnić złoty puchar wodą ze studni. Gdy mu go przyniesiono, napił się do syta, a potem wręczył szambelanowi.
I w dalekim mieście Wirani zapanowała wielka radość, bo król i jego szambelan odzyskali rozum.(3, s. 31).
Dr hab. Wita Szulc
Profesor nadzwyczajny w Uniwersytecie A. Mickiewicza w Poznaniu
Kierownik Zakładu Edukacji Elementarnej i Arteterapii WP-A UAM w Kaliszu
Przewodnicząca Stowarzyszenia Arteterapeutów Polskich "Kajros"
Piśmiennictwo
1. Dardik H.: Multiple autorship. Surg. Gynec. Obstet. 1977, 145, 418. Cyt. za:Wójtowicz. J.: Współautorstwo.
Pol. Tyg. Lek. 1981, T.XXXVI, nr 19, 691 - 693
2. Ewangelia wg św. Mateusza. W: Pismo święte Starego i Nowego Testamentu. Pallotinum, Poznań, 1965
3. Gibran K. G.: Szaleniec. Przeł. R. Gren. Drzewo Babel. Warszawa 2002
4. Merton R. K.: The Matthew effect in science. Science, 1968, 159, 56. Cyt. za: Wójtowicz J. :
Współautorstwo...
5. Spiegel D., Keith - Spiegel P.: Assignment of publication credits: ethics and practices of psychologists. Amer. Psychol., 1970, 25, 738. Cyt. Za: Wójtowicz J.: Współautorstwo...
6. Sturb R.L., Black F. W.: Multiple autorship. Lancet 1976, 2, 1090. Cyt. za: Wójtowicz J.: Współautorstwo...
7. Szulc W.: Kulturoterapia. Wykorzystanie sztuki i działalności kulturalno - oświatowej w lecznictwie. Wyd. AM w Poznaniu. Poznań 1994
8. Szulc W.: Sztuka w służbie medycyny od antyku do postmodernizmu. Wyd. AM w Poznaniu. Poznań 2001
9. Wójtowicz J.: Lekarze przeciw zagrożeniu nuklearnemu. Problemy Lekarskie 1986, T. XXV, nr 4, 157 - 164
10. Wójtowicz J.: Współautorstwo. Pol. Przegl. Rad., Med. Nukl. 1981, T. XLV, nr 1, 65 - 66
10 a).Wójtowicz J.: Współautorstwo. Pol. Tyg. Lek. 1981, T. XXXVI, nr 19, 691 - 693
Tekst ukazał się (z niewielkimi skrótami) w czasopiśmie "Merkuriusz Lekarski", 2004 nr 10
1 Redakcja potwierdziła fakt autoryzacji i pobrania honorarium przez "współautora" umieszczonego na czwartej pozycji w "zespole" autorskim Powrót do tekstu
2 Obliczenie wykonane na podstawie wykazu publikacji pracowników AM za lata 2000 -2003